No i noc pooooooszłaaaaa! Z inhalatorem, oklepywaniem, gorączką, która nie mogła się zdecydować, na której kresce skali się zatrzymać.
Padłyśmy obie nad ranem. Mocno nad ranem, gdy niebo już traciło swoją czerń i na horyzoncie przebijać się zaczynał dziki róż poranka.
Odpłynęłam błogo kołysana oddechem dziecięcia, tylko lekko przerywanym kaszlem.
I nagle! jak piorun z nieba!
- Śtawaj dziołcha! Juś dzień! Jeśtem głodna!
p.s. Osoby, które otrzymały poranną korespondencję, w postaci smsów, wiadomości, maili uprzejmie informuję, że moja asystentka korzystając z mojej chwilowej pomroczności sennej, dorwała się do telefonu :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz