Malwa chodzi do przedszkola.
A skoro chodzi do przedszkola, to przynosi różne drobnoustroje.
Kochane dziecię lubi się "dzielić" ;)
Infekcja powoli jej przechodzi... na mnie.
Leżę powalona mikrobami, marząc by oczy przestały ciążyć, jakby ktoś worki z piaskiem mi na nie rzucił. A płucach przestała mieć próby generalne sekcja basowo-perkusyjno-dęta.
Ogólnie zaliczam zgon.
Słuch jednak nadal mi służy bardzo dobrze.
Wyławiam podejrzane dźwięki dochodzące z kuchni, z sekcji lodówkowo-szafkowo-nad-szafkowo-szufladowej. Dźwięczą talerze, stukają sztućce, drzwi od lodówki wybijają rytm "trzask-prask".
- Maaaaamoooo, źlobiłam Ci śniadanie! SIAMA!
Doczłapałam do kuchni.
Ujrzałam połączenie Armagedonu z tajfunem, który poruszył czeluści wszystkich dostępnych szafek, szuflad, naczyń, garnków etc... wyrzucając, mieszając, wypluwając radosnym potokiem oszałamiającego bałaganu.
A na stole królowało śniadanie dla mnie. Pajda chleba z parówką i ociosanym ogórkiem zielonym.
Najlepsze śniadanie na świecie :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz