Malwa często przestawia sylaby.
Kordła zamiast kołdra, męczszyzn zamiast mężczyzn, pogłoda zamiast podłoga.
Niektóre przestawianki mijają szybko, po kilku ćwiczeniach. Niektóre są jak ...zdarta płyta :D
- Mamo jaki to korol?
- Kolor, Córciu. K O L O R.
- Kooo-rrrrol. No to jaki to korol?
- KOOO-LOOORRRR.
- Koooo-rrrrorrr. Nieee, koooo-rrrolll.
- Córciu, jaki to jest koRoL. Tfu, kolor!
- No widzisz, SAMA tak mówisz!
Kurtyna! :D
poniedziałek, 27 sierpnia 2018
czwartek, 16 sierpnia 2018
Babska wyprawa
Przeżyłyśmy z Malwą wyprawę.
Taką z przeszkodami, przedzieraniem się przez pnie, kamloty, spienioną wodę itd.
Gdzie?
Zwyczajnie - trasa Babie Doły - Mechelinki plażą. Polecam.
Radzę tylko uzbroić się w dobre obuwie nieprzemakalne z grubą podeszwą, albo przejść (jak my!) na boso - ale wtedy obowiązkowo ręce muszą być wolne.
Pierwszy hicior - długi odcinek potłuczonych kawałków betonowych konstrukcji, elementów tuż przy nowym zejściu na plażę w Babich Dołach. Wystające pręty, kamloty, ruchome kawałki. Myślałam, że Malwa cykorek zacznie płakać, że chce wracać, że nie da rady, że boi się, że za trudno, że nie da rady, że ...no ogólnie klapa! A tu nic z tych rzeczy!!!
Dziecię dziarsko machało kończynami, idąc przodem, jeszcze wołając do mnie "uwaga! to się rusza, to jest śliskie! mama się nie zmieścisz!" :D
I parła do przodu, jak czołg!
Zwątpiła na samej końcówce, gdy faktycznie nie było innego wyjścia, niż pójść przez wodę do kolan.
Dała radę!
Chwilowa przerwa w postaci łagodnej plaży, piasku, kamyków...
Nuuuudaaa jednym słowem.
- Kiedy znów zacznie się przygoda?
- Myślę, że za zakrętem ;) - zażartowałam.
- Dobra, to ja się rozglądam.
I się rozglądała.
I wypatrzyła. Przewalone drzewo. W poprzek drogi. Konary sięgały daleko w morze, więc opcja obejścia wodą odpadała. Zostało przepełznięcie pod konarem, albo wdrapanie się na powalony pień i przejście między gałęziami. Tutaj pomogłam troszeczkę ;)
Piątka przybita, idziemy dalej.
Malwa pokazywała wielkie głazy sterczące w wodzie, glony, kamyki, ptaszki, fistaszki...
I znów wielki banan na buzi.
- Mama, widzisz to!!!??? Widzisz!? Te wielkie kamloty!? My tam będziemy MUSIAŁY przejść!
I dawaj w te pędy.
Zanim weszłyśmy na szlak "kamlotowy" było krótkie szkolenie.
1. nie włazimy na żadne ostre, wysokie i śliskie kamloty
2. wybieramy płaskie kamloty
3. podtrzymujemy się rączkami (zasada 3 punktów podparcia).
Dziecię kiwnęło głową, że rozumie, że akceptuje i przyjmuje warunki umowy ;)
I poszłaaaaa!
Ludzie, ja nie miałam pojęcia, że w tym małym Człowieku drzemie taki motorek ;)
Pokonywała trasę niczym małpka, wybierając najlepsze przejścia, najlepsze kamloty, głazy, uskoki, wąskie przesmyki piasku!
Musiałam nieźle się spiąć, by nadążyć.
Na naszej trasie pojawił się jeden moment, gdy musiałyśmy wdrapać się na piaszczystą skarpę i obejść zwalone drzewo, które nie można było ani obejść, ani przeskoczyć, ani przepłynąć ;)
Mrówki też nie ułatwiały zadania...
Kiedy na horyzoncie pojawiło się molo w Mechelinkach, Malwa niczym Kubuś Puchatek oznajmiła mi radośnie:
- Widać ląd! Mechelinki! Mój brzuszek mi mówi, że dostanie jedzonko! Bo dostanie, Mamuś? Na przykład ...gofra? Z owocami? Bo to witaminki. Zdrowe dla brzuszka...
Dostał brzuszek. I gofra. I witaminki. I soczek z marchewki z malinami.
A potem dziecię padło w autobusie, który zawiózł nas do domu.
Fajne są babskie wyprawy ;)
Taką z przeszkodami, przedzieraniem się przez pnie, kamloty, spienioną wodę itd.
Gdzie?
Zwyczajnie - trasa Babie Doły - Mechelinki plażą. Polecam.
Radzę tylko uzbroić się w dobre obuwie nieprzemakalne z grubą podeszwą, albo przejść (jak my!) na boso - ale wtedy obowiązkowo ręce muszą być wolne.
Pierwszy hicior - długi odcinek potłuczonych kawałków betonowych konstrukcji, elementów tuż przy nowym zejściu na plażę w Babich Dołach. Wystające pręty, kamloty, ruchome kawałki. Myślałam, że Malwa cykorek zacznie płakać, że chce wracać, że nie da rady, że boi się, że za trudno, że nie da rady, że ...no ogólnie klapa! A tu nic z tych rzeczy!!!
Dziecię dziarsko machało kończynami, idąc przodem, jeszcze wołając do mnie "uwaga! to się rusza, to jest śliskie! mama się nie zmieścisz!" :D
I parła do przodu, jak czołg!
Zwątpiła na samej końcówce, gdy faktycznie nie było innego wyjścia, niż pójść przez wodę do kolan.
Dała radę!
Chwilowa przerwa w postaci łagodnej plaży, piasku, kamyków...
Nuuuudaaa jednym słowem.
- Kiedy znów zacznie się przygoda?
- Myślę, że za zakrętem ;) - zażartowałam.
- Dobra, to ja się rozglądam.
I się rozglądała.
I wypatrzyła. Przewalone drzewo. W poprzek drogi. Konary sięgały daleko w morze, więc opcja obejścia wodą odpadała. Zostało przepełznięcie pod konarem, albo wdrapanie się na powalony pień i przejście między gałęziami. Tutaj pomogłam troszeczkę ;)
Piątka przybita, idziemy dalej.
Malwa pokazywała wielkie głazy sterczące w wodzie, glony, kamyki, ptaszki, fistaszki...
I znów wielki banan na buzi.
- Mama, widzisz to!!!??? Widzisz!? Te wielkie kamloty!? My tam będziemy MUSIAŁY przejść!
I dawaj w te pędy.
Zanim weszłyśmy na szlak "kamlotowy" było krótkie szkolenie.
1. nie włazimy na żadne ostre, wysokie i śliskie kamloty
2. wybieramy płaskie kamloty
3. podtrzymujemy się rączkami (zasada 3 punktów podparcia).
Dziecię kiwnęło głową, że rozumie, że akceptuje i przyjmuje warunki umowy ;)
I poszłaaaaa!
Ludzie, ja nie miałam pojęcia, że w tym małym Człowieku drzemie taki motorek ;)
Pokonywała trasę niczym małpka, wybierając najlepsze przejścia, najlepsze kamloty, głazy, uskoki, wąskie przesmyki piasku!
Musiałam nieźle się spiąć, by nadążyć.
Na naszej trasie pojawił się jeden moment, gdy musiałyśmy wdrapać się na piaszczystą skarpę i obejść zwalone drzewo, które nie można było ani obejść, ani przeskoczyć, ani przepłynąć ;)
Mrówki też nie ułatwiały zadania...
Kiedy na horyzoncie pojawiło się molo w Mechelinkach, Malwa niczym Kubuś Puchatek oznajmiła mi radośnie:
- Widać ląd! Mechelinki! Mój brzuszek mi mówi, że dostanie jedzonko! Bo dostanie, Mamuś? Na przykład ...gofra? Z owocami? Bo to witaminki. Zdrowe dla brzuszka...
Dostał brzuszek. I gofra. I witaminki. I soczek z marchewki z malinami.
A potem dziecię padło w autobusie, który zawiózł nas do domu.
Fajne są babskie wyprawy ;)
piątek, 10 sierpnia 2018
Slang motocyklowy
Alusia postanowiła pójść. Sama.
Ot, tak. Zwyczajnie. Wyjęłam ją z wózka na klatce schodowej, drzwi wyjściowe były otwarte, nagle kątem oka zauważyłam dziecię, które chodem pingwinka zaczęło przemierzać dystans chodnika!
Zupełnie samo! Bez trzymania za rączkę/palec/ubranie :)
Poooooszłaaaa!
No i zaczęły się spacerki na nóżkach.
Starszy Brat wyszedł z nią na dwór. Spotkali Pana Motocyklistę.
Ali spodobały się kółka (wszystkie kółka są ciekawe), rękawice. Kask trochę mniej. Dopiero, po zdjęciu z głowy okazał się całkiem interesujący.
Młody zaczął rozmowę, czy nie za gorąco w taki ukrop w kombinezonie motocyklisty? Jak sobie radzi? Itd itd, czyli standardowe 1000 pytań do w wydaniu Syna :)
Wrócił z siostrą do domu i pyta się mnie od drzwi.
- Mamo, a wiesz, jak motocykliści mówią na tych, co jeżdżą bez kombinezonów na motocyklach?
- Nieeee... nie wiem.
- ZDRAPKI!
:D
Ot, tak. Zwyczajnie. Wyjęłam ją z wózka na klatce schodowej, drzwi wyjściowe były otwarte, nagle kątem oka zauważyłam dziecię, które chodem pingwinka zaczęło przemierzać dystans chodnika!
Zupełnie samo! Bez trzymania za rączkę/palec/ubranie :)
Poooooszłaaaa!
No i zaczęły się spacerki na nóżkach.
Starszy Brat wyszedł z nią na dwór. Spotkali Pana Motocyklistę.
Ali spodobały się kółka (wszystkie kółka są ciekawe), rękawice. Kask trochę mniej. Dopiero, po zdjęciu z głowy okazał się całkiem interesujący.
Młody zaczął rozmowę, czy nie za gorąco w taki ukrop w kombinezonie motocyklisty? Jak sobie radzi? Itd itd, czyli standardowe 1000 pytań do w wydaniu Syna :)
Wrócił z siostrą do domu i pyta się mnie od drzwi.
- Mamo, a wiesz, jak motocykliści mówią na tych, co jeżdżą bez kombinezonów na motocyklach?
- Nieeee... nie wiem.
- ZDRAPKI!
:D
środa, 8 sierpnia 2018
Lunatyk z amnezją
Malwa lunatykuje nam od lat.
Czasem po prostu chodzi po mieszkaniu.
Czasem chodzi i płacze.
Czasem chodzi i mówi coś przez sen.
Tym razem była kombinacja chodzenia, płakania, jęczenia i kiwania głową.
Małż nie mógł wydobyć, o co chodzi. Czy pić? Siusiu? Zły sen? Na wszystko jęk i kiwanie głową. Wzrok nieobecny.
Zaprowadziłam Małą do łóżka. Siadam na podłodze i czekam, aż trochę się uspokoi. Zadaję cicho pytania, powoli, spokojnie. O piciu, o siusiu, o złe sny, o potwory, co czasem wychodzą spod łóżka...
Po paru minutach się wybudziła.
- O cześć, Mama... Pić mi się chce.
- Dlaczego płakałaś, Żabciu?
- Ale ja nie płakałam!
- Chodziłaś po mieszkaniu i płakałaś. Pytaliśmy się, co się stało, a ty kiwałaś tylko głową i płakałaś.
Chwila milczenia.
- Nie pamiętam. Chyba musiało mi się to zgubić w głowie...
Do rana spała spokojnie.
:)
Czasem po prostu chodzi po mieszkaniu.
Czasem chodzi i płacze.
Czasem chodzi i mówi coś przez sen.
Tym razem była kombinacja chodzenia, płakania, jęczenia i kiwania głową.
Małż nie mógł wydobyć, o co chodzi. Czy pić? Siusiu? Zły sen? Na wszystko jęk i kiwanie głową. Wzrok nieobecny.
Zaprowadziłam Małą do łóżka. Siadam na podłodze i czekam, aż trochę się uspokoi. Zadaję cicho pytania, powoli, spokojnie. O piciu, o siusiu, o złe sny, o potwory, co czasem wychodzą spod łóżka...
Po paru minutach się wybudziła.
- O cześć, Mama... Pić mi się chce.
- Dlaczego płakałaś, Żabciu?
- Ale ja nie płakałam!
- Chodziłaś po mieszkaniu i płakałaś. Pytaliśmy się, co się stało, a ty kiwałaś tylko głową i płakałaś.
Chwila milczenia.
- Nie pamiętam. Chyba musiało mi się to zgubić w głowie...
Do rana spała spokojnie.
:)
Urodzinowe zapytania
Syn wymknął się na ...lody.
Z Małżem doskonale wiedzieliśmy, że coś kombinuje ;)
Wrócił lekko niezadowolony.
Zabrałam Syna na krótki spacer do sklepiku, bo chleba zabrakło.
Milczy.
- Mamo, a ucieszyłabyś się, jakbyś dostała śmieszne kapcie?
- Synku, ale przecież wiesz, że nie noszę kapci :)
- Aha...
Znów dłuższe milczenie.
- A jakbyś dostała maszynkę do lodów?
- Hmmm, a dlaczego zadajesz mi takie pytania? Mówiliśmy Ci z Ojcem, że nie chodzi o kupowanie prezentów. Dla nas ważne jest to, żebyśmy tworzyli rodzinę, żebyś zachowywał się w porządku wobec nas i sióstr... To jest ważniejsze niż prezenty.
- No taaak, ja to wiem. Ale będziesz miała urodziny niedługo. I myślałem, że jak kupimy Ci maszynkę do lodów, to będziesz mogła robić NAM lody, zamiast kupować w sklepie...
;)
Z Małżem doskonale wiedzieliśmy, że coś kombinuje ;)
Wrócił lekko niezadowolony.
Zabrałam Syna na krótki spacer do sklepiku, bo chleba zabrakło.
Milczy.
- Mamo, a ucieszyłabyś się, jakbyś dostała śmieszne kapcie?
- Synku, ale przecież wiesz, że nie noszę kapci :)
- Aha...
Znów dłuższe milczenie.
- A jakbyś dostała maszynkę do lodów?
- Hmmm, a dlaczego zadajesz mi takie pytania? Mówiliśmy Ci z Ojcem, że nie chodzi o kupowanie prezentów. Dla nas ważne jest to, żebyśmy tworzyli rodzinę, żebyś zachowywał się w porządku wobec nas i sióstr... To jest ważniejsze niż prezenty.
- No taaak, ja to wiem. Ale będziesz miała urodziny niedługo. I myślałem, że jak kupimy Ci maszynkę do lodów, to będziesz mogła robić NAM lody, zamiast kupować w sklepie...
;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



