Taką z przeszkodami, przedzieraniem się przez pnie, kamloty, spienioną wodę itd.
Gdzie?
Zwyczajnie - trasa Babie Doły - Mechelinki plażą. Polecam.
Radzę tylko uzbroić się w dobre obuwie nieprzemakalne z grubą podeszwą, albo przejść (jak my!) na boso - ale wtedy obowiązkowo ręce muszą być wolne.
Pierwszy hicior - długi odcinek potłuczonych kawałków betonowych konstrukcji, elementów tuż przy nowym zejściu na plażę w Babich Dołach. Wystające pręty, kamloty, ruchome kawałki. Myślałam, że Malwa cykorek zacznie płakać, że chce wracać, że nie da rady, że boi się, że za trudno, że nie da rady, że ...no ogólnie klapa! A tu nic z tych rzeczy!!!
Dziecię dziarsko machało kończynami, idąc przodem, jeszcze wołając do mnie "uwaga! to się rusza, to jest śliskie! mama się nie zmieścisz!" :D
I parła do przodu, jak czołg!
Zwątpiła na samej końcówce, gdy faktycznie nie było innego wyjścia, niż pójść przez wodę do kolan.
Dała radę!
Chwilowa przerwa w postaci łagodnej plaży, piasku, kamyków...
Nuuuudaaa jednym słowem.
- Kiedy znów zacznie się przygoda?
- Myślę, że za zakrętem ;) - zażartowałam.
- Dobra, to ja się rozglądam.
I się rozglądała.
I wypatrzyła. Przewalone drzewo. W poprzek drogi. Konary sięgały daleko w morze, więc opcja obejścia wodą odpadała. Zostało przepełznięcie pod konarem, albo wdrapanie się na powalony pień i przejście między gałęziami. Tutaj pomogłam troszeczkę ;)
Piątka przybita, idziemy dalej.
Malwa pokazywała wielkie głazy sterczące w wodzie, glony, kamyki, ptaszki, fistaszki...
I znów wielki banan na buzi.
- Mama, widzisz to!!!??? Widzisz!? Te wielkie kamloty!? My tam będziemy MUSIAŁY przejść!
I dawaj w te pędy.
Zanim weszłyśmy na szlak "kamlotowy" było krótkie szkolenie.
1. nie włazimy na żadne ostre, wysokie i śliskie kamloty
2. wybieramy płaskie kamloty
3. podtrzymujemy się rączkami (zasada 3 punktów podparcia).
Dziecię kiwnęło głową, że rozumie, że akceptuje i przyjmuje warunki umowy ;)
I poszłaaaaa!
Ludzie, ja nie miałam pojęcia, że w tym małym Człowieku drzemie taki motorek ;)
Pokonywała trasę niczym małpka, wybierając najlepsze przejścia, najlepsze kamloty, głazy, uskoki, wąskie przesmyki piasku!
Musiałam nieźle się spiąć, by nadążyć.
Na naszej trasie pojawił się jeden moment, gdy musiałyśmy wdrapać się na piaszczystą skarpę i obejść zwalone drzewo, które nie można było ani obejść, ani przeskoczyć, ani przepłynąć ;)
Mrówki też nie ułatwiały zadania...
Kiedy na horyzoncie pojawiło się molo w Mechelinkach, Malwa niczym Kubuś Puchatek oznajmiła mi radośnie:
- Widać ląd! Mechelinki! Mój brzuszek mi mówi, że dostanie jedzonko! Bo dostanie, Mamuś? Na przykład ...gofra? Z owocami? Bo to witaminki. Zdrowe dla brzuszka...
Dostał brzuszek. I gofra. I witaminki. I soczek z marchewki z malinami.
A potem dziecię padło w autobusie, który zawiózł nas do domu.
Fajne są babskie wyprawy ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz