poniedziałek, 14 listopada 2016

Na sankach

Długi weekend dał trochę, troszeczkę śniegu.
I owszem było turlanie w kombinezonie na resztach śniegu z górki na pazurki. No nie dało się wytłumaczyć, że to błoto, że mało, że mokry ten śnieg etc etc. Racjonalne argumenty nie mają siły przebicia w zderzeniu z dziecięcą radością ;)

Następnego dnia po śniegu pozostało marzenie.
No ale jak to? dlaczego?
No to Malwa uskuteczniała zjazdy na sankach (poduszka) z łóżka.
Zdążyłam ostrzec dziecię, że zjazd na buzię, głowę, plecy, kończyny może być bolesny.
I poszłam robić kawę.

Rozległ się głuchy łomot. Po kilku sekundach wycie syreny.
Na brodzie wykwitła olbrzymia śliwa. Broda wyglądała ...no śmiesznie po prostu!
Wiadomo, okłady, tulenie, tłumaczenie... 
I najlepsza reakcja Malwy:
- No po plośtu ŹLE zjechałam!

Broda nabiera barw zielono-fioletowych. 
Na pasowanie w przedszkolu to się chyba makijaż przyda :D


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz