Pierników część druga, a raczej tura druga. Bo z poprzedniego pieczenia zostało wspomnienie.
Pierniki i maślane ciasteczka o nutce pomarańczowej spotkały się z takim powodzeniem, że ich ilość topniała w oczach.
Do pomocy włączył się Przyjaciel Rodziny, czyli Waldi. Ulubieniec dzieciaków, które od drzwi z radosnym wrzaskiem niosącym się po klatce schodowej oznajmiają, że przyszedł ;)
Podzieliliśmy się rolami. Ja zagniatałam i wałkowałam, pilnowałam blach w piekarniku. Malwa z Kamilem i Waldim wycinali foremkami kształty i przekładali na przygotowane arkusze papieru do pieczenia. Malwa oczywiście dzielnie pomagała ...w konsumpcji świeżo upieczonych ciastek ;)
Inwencja twórcza Panów mnie zaskakiwała:
- Ale patrz, tu wytniemy łosia.
- No i patrz stracił rogi.
- Nie przejmuj się, to zamiast łosia, będzie samica łosia. Ona nie ma rogów. Ostrożnie przekładaj! No i patrz! Kurcze! teraz to wygląda, jak hipopotam.
- Nie czekaj tu poprawimy, głowę trzeba zmienić.
- Nieeeeee! No teraz to wygląda jak tapir, a jak dalej będziemy majstrować, to jeszcze z tego mrówkojad wyjdzie...
Cóż. Stworzenie wycięte z ciasta piernikowego ciężko było sklasyfikować.
Ale smakowało nieźle ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz