niedziela, 29 lipca 2018

Konwulsje

Młody ma żołądek jak tur.
Może zjeść dużo, wszystko, nie-po-kolei. Lubi mieszać w garach, eksperymentować w kuchni. Apetyt mu dopisuje. I nie narzeka na jakieś rewolucje.
Niestety w sobotę pozwolił sobie na pewien wyskok, który skończył się kiepskim samopoczuciem żołądkowym.
Wybrali się z Siostrą na zakupy do piekarni po ulubiony chleb żytni.
Z racji panujących tropikalnych upałów mogli kupić sobie po gałce lodów (tylko taka ilość jest zjadana zanim totalnie się roztopi i trafi na ubranie).

Po kilku godzinach Młody wygląda nietęgo.
Biega do toalety. Słychać, że męczy się.
Pytamy, co się dzieje.
- Boli mnie brzuch, chce mi się wymiotować...
- A co zjadłeś Synu rano?
- Niiiiiic.
- Jak to nic? Śniadania nie jadłeś?
- Jadłem. Kanapkę. Normalną.
- Co jeszcze zjadłeś?
I po namyśle pada odpowiedź.
- Noooo, nie kupiłem loda... Zjadłem ...klementynkę.
No to już znamy winowajcę.
Ja w panice mikrobiologicznej widzę, jak cała rodzina leży pokotem z powodu salmonelli, już widzę te zgłoszenia do stacji epidemiologicznej, panika wylewa się każdą komórką mojej mózgownicy.
A Małż? Wyjął ocet z lodówki, sodę oczyszczoną, podgrzał wodę, zmieszał jakąś pieniącą miksturę i dał Młodemu do wypicia. I wygonił do łóżka.

Po pół godzinie Syn wychodzi rześki jak skowronek.
- KONWULSJE minęły. Czuję się świetnie.

:D




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz